Chemiczne słodkie zniewolenie
Nieraz zastanawiałem się nad tym jak wyglą
dałby świat gdyby nie takie zjawisko jak miłość. Czymże w istocie swojej jest ten dziwny przypisywany natchnieniu bogów bezrozumny pęd jednej istoty do drugiej, przy czym nieważne, czy jest to istota tej samej płci czy też przeciwnej (nie ukrywam że z uwagi na osobiste preferencje autora niniejszego artykułu zajmować będziemy się raczej miłością w tym drugiego rodzaju związku).Jak na przyszłych naukowców przystało z
aczniemy rozpatrywanie przedmiotu naszych rozważań od zastanowienia się nad mechanizmami biologicznymi które umożliwiają nam odczuwanie tak skomplikowanych uczuć które towarzyszą miłosnemu uniesieniu. Jak zatem wygląda fizjologia uniesień miłosnych? Właściwie chodzi o chemię a konkretnie o biochemię. Pokuśmy się zatem o zastanowienie jakie reakcje chemiczne kryją się za tym romantycznym porywem serca który opiewało tyle pokoleń poetów.Zacznijmy może od początkowej fazy miłości, czyli tzw. zalotów. Najlepiej można prześledzić ten proces na przykładzie owadów. Mianowicie, związkami regulującymi niektóre zachowania
owadów są tzw. feromony (lotne związki organiczne). Mogą to być feromony niosące za sobą informacje np. o pożywieniu, oznaczonym terenie, przynależności do gniazda, itp. Wśród owych związków nie brak równie licznej grupy feromonów płciowych. Związki te wykrywane są przez samce już z odległości kilkudziesięciu kilometrów w stężeniu niejednokrotnie tak małym iż sprowadza się ono do kilku zaledwie cząsteczek danego feromonu docierającego do czułków samca. Tak samo sprawa ma się u ludzi, przy czym pojawia się pytanie czy zapach naturalnej wydzieliny ludzkiego ciała nie jest niwelowany przez mycie się oraz używanie całej góry kosmetyków oraz naturalnych i sztucznych środków zapachowych. Okazuje się, że jednak nie. Nasze organy powonienia są wprost niesamowicie uczulone na związki o dźwięcznych nazwach androstenol i androstenon. Selekcja tych zapachów z otoczenia jest tak dokładna, że np. zapach zmywacza do paznokci "pachnie" nam 5000 razy słabiej od owych związków, przy czym spieszę z wyjaśnieniem że zapach ten jest głównie postrzegany w sposób podświadomy (to dla kolegów i koleżanek którzy pobiegliby zaraz sprawdzić czy koleżeństwo z roku faktycznie pachnie 5000 razy mocniej niż zmywacz do paznokci). Prawdopodobnie schemat chemicznych "zalotów" zaczyna się od wydzielania androstenolu przez mężczyznę na widok atrakcyjnej kobiety. Jak widzimy z tego przykładu elementem inicjującym proces zalotów jest warunek bycia atrakcyjnym dla drugiej osoby (o samym problemie atrakcyjności warto powiedzieć więcej, dlatego myślę że zajmiemy się tym problemem bliżej w osobnym artykule). W następnej fazie zalotów (powiedzmy że termin następna oznacza etap luźnej rozmowy na tematy filozoficzne i niby przypadkowych muśnięć dłoni) kobieta zaczyna wytwarzać feromony kontaktowe będące związkami mniej lotnymi, działającymi na mniejsze odległości. Okazuje się, iż zapach tych związków tak silnie oddziaływuje na mężczyznę, że powoduje wzmożenie się u niego aktywności (specjalnie nie piszę jakiej ,bo może to być nader różna aktywność od pisania wierszy do założenia działalności handlowej i sprzedaży jajek na rynku w Tuszynie). A czy wiecie dlaczego kocha się zapach ukochanej kobiety?
To proste, okazuje się mianowicie, że każda kobieta ma swój własny niepowtarzalny układ z
apachowy feromonów, który kodowany przez mężczyznę przy każdym kolejnym zbliżeniu wzmacnia bodziec działając poprzez skojarzenia. Warto wiedzieć że jeszcze na długo przed prawdziwym zakochaniem kochankowie poddani są działaniu substancji o działaniu narkotycznym. Już na etapie flirtu jesteśmy dosłownie szprycowani różnego rodzaju związkami pobudzającymi. Potężna dawka fenyloetyloaminy (związek pobudzający ośrodkowy układ nerwowy) powoduje takie objawy jak drżenie rąk, przyspieszenie akcji serca, wewnętrzne napięcie itd. W tym samym czasie część rdzenna naszych nadnerczy funduje nam zastrzyk z dopaminy i noradrenaliny, obie substancje o działaniu pobudzającym, których efekt fizjologiczny przypomina działanie adrenaliny, amfetaminy czy efedryny. Nietrudno się więc domyślić że wkrótce dochodzi do fizjologicznego uzależnienia, jest to etap tzw. "gorącej miłości".I tutaj mała przestroga dla tych którzy lekc
eważą owo uzależnienie, okazuje się mianowicie że ludzie kochliwi w rodzaju Casanovy cierpieli po prostu na ustawiczny głód wyżej wspomnianych substancji. Skazani przez naturę na większą wrażliwość na niski poziom fenyloetyloaminy we krwi, musieli brnąć dalej niestrudzenie drogą nieustannych podbojów by doznawać wciąż nowej i nowej ekstazy narkotycznej podczas inicjacji, kiedy to wydzielanie związków pobudzających jest największe. Mogłoby się wydawać że po tym etapie (gorącej miłości) sama miłość wygasa, jednak mądra natura i to przewidziała. W swoim programie przygotowany na każdą ewentualność chemiczny animator człowieka po pewnym czasie zaczyna wytwarzać inny rodzaj narkotyku mający skłonić nas do trwałej miłości, są to mianowicie endorfiny. Związki te produkowane są na sygnał jakim jest stała obecność partnera, mają działanie tonizujące i przeciwbólowe o efekcie fizjologicznym podobnym do morfiny. Daje to złudzenie bezpieczeństwa stabilizacji i pozytywnego spojrzenia na świat.Przyznajmy że całość nie wygląda zbyt róż
owo (przynajmniej jeśli chodzi o naszą wolną wolę) wygląda na to, iż natura czy jak kto woli Bóg, mają większą władzę nad tak wydawałoby się spontanicznymi aspektami naszej egzystencji. Jednak patrząc na to z innej strony tak nie jest, albowiem polecenie uruchomienia tej całej maszyny chemicznego zniewolenia pochodzi z wyższego piętra naszej świadomości, a tam przecież zachodzą procesy które stanowią o naszym człowieczeństwie. Inna sprawa że za procesami psychicznymi taż podobno stoi chemia, ale jak sądzę jest to już problem na zupełnie odrębną dysputę (może filozoficzną)?! Hee, Hee, Hee! Jednak dopóki nie rozwiążemy tej “palącej kwestii” kochajmy się romantycznie, ale zachowajmy ostrożność, bo a nuż nasza wybranka spryskała się najnowszymi perfumami jakiejś zachodniej firmy zawierającymi pewien przemiły “stupidator", jak np. pochodną fenyloalaniny ... i pacjent jest już po uszy zakochany a na reanimację za późno.I to by było na tyle moje kochane dziatki.... T
aką dawszy przestrogę błogosławił na drogę, oni wsiedli, broń wzięli pobiegli..Kazanie prawił Brat Maciej.
Redakcja wyraża uznanie Bratu Maciejowi, że w obliczu nadchodzącej wiosny uczulił swym k
azaniem Koleżanki i Kolegów na kwestię chemizmu serc. Zwracamy jednakże uwagę, że troska o ortografię i interpunkcję winna być integralnym składnikiem wysiłku duszpasterskiego, nawet w tak nie cierpiącym zwłoki zagadnieniu, jak powyższe.